Nr 13 * 13 czerwca 2011


Shaikh Mahmud Ahmed


Człowiek i pieniądze

Ku alternatywnej podstawie kredytu



Tytuł oryginału: Man and Money. Towards an Alternative Basis of Credit


1. SEMANTYKA TEORII OPROCENTOWANIA


Oprocentowanie: wyznaczenie granic

Nawet, jeżeli ekonomiści przyznają, że instytucja oprocentowania, sama w sobie, jak też jej prawomocność, społeczne implikacje a zwłaszcza wpływ na politykę publiczną pozostawiają wiele do życzenia, to jednak w praktyce przyjmują amoralną postawę akceptacji tego, co jest. Haberler twierdzi, że „od dłuższego czasu teoria oprocentowania stanowi słabe ogniwo nauk ekonomicznych” (Haberler 1939: 195), a Vera i Friedrich Lutz zauważają, iż „obecnie teoria oprocentowania jest źródłem dużego nieporozumienia” (Lutz 1951: 237). Niemniej jednak w jakiejś mierze podstawowa analiza tego nieustającego zamieszania i sposobu jego przezwyciężenia już istnieje. Myrdal potwierdza, że „niewiele wnikliwych badań prowadzi się nad tym jak stopy procentowe i polityka kredytowa wpływają na oszczędności, przedsiębiorstwa oraz inwestycje różnego rodzaju” (Myrdal 1973: 28).

Jedną z większych przeszkód jest dziś brak jasnego rozgraniczenia między pojęciem zysku i oprocentowania. Mieliśmy do czynienia z ciągłym zamazywaniem celów społeczno-gospodarczych, jakie starano się osiągnąć poprzez usilne utożsamianie zysku z oprocentowaniem, co wyraża się jedynie częściowo w częstym nadużywaniu słowa „zysk” tam gdzie chodzi o odsetki. To zmniejsza naszą zdolność postrzegania spraw ważnych z punktu widzenia sprawiedliwej dystrybucji i pozbawia nas możliwości identyfikacji czy analizy, a tym bardziej przezwyciężenia, przejawów wyzysku, które już na pierwszy rzut oka, wyraża jedno z tych pojęć. Mylenie oprocentowania z zyskiem, jak i zwekslowania polityki państwowej, jakie taka pomyłka z sobą niesie, to podstawa, na której opierają się uzasadnienia wielu rodzajów ekonomicznej nierównowagi. W każdym ustroju, w którym nektar i trucizna są równie dostępne i tak samo cenione, do tego stopnia, że słowo „nektar” obok swego właściwego znaczenia znaczy również coś przeciwnego, prawdopodobieństwo, że społeczność przeżyje w zdrowiu nie może przekraczać 50 procent.

W takiej sytuacji, trudno się dziwić, że wydaje się miliardy dolarów na ograniczenie produkcji rolnej, podczas gdy każdego roku miliony ludzi umierają z głodu lub niedożywienia, ani, że bezrobocie jest tak powszechne mimo nie kończącej się listy niezaspokojonych ludzkich potrzeb, jak też, że wszystkie nasze wysiłki aby tę sytuację zmienić prowadzą tylko do wzrostu inflacji, a nie zmniejszenia bezrobocia.

Tak długo, jak długo nie uświadomimy sobie różnicy między zyskiem i oprocentowaniem; dopóki nie zdołamy odpowiednio naświetlić ich wzajemnie sprzecznego charakteru, tak długo nie znajdziemy wyjaśnienia, dlaczego wzrost i stabilizacja nie idą w parze. Tak długo, nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie jak rozwiązać problem bezrobocia, nie kulejącej, jakich wiele, lecz takiej, która pozwoli nam to zjawisko wyeliminować. Nie będziemy też mogli rozwiązać problemu inflacji. Nie uda nam się też wyjaśnić, dlaczego istnieniu dużych niewykorzystanych mocy produkcyjnych towarzyszy brak zaspokojenia potrzeb, które przy pomocy tych unieruchomionych maszyn można by zaspokoić. Nie zdołamy również wytłumaczyć cyklicznych kryzysów, ani tym bardzie ich przezwyciężyć, mimo sukcesów w ograniczaniu ich zasięgu, jako, że obszary niepewności i niewiedzy nie chcą się jakoś skurczyć. Nie będziemy mogli wyjaśnić ani przezwyciężyć kryzysu Trzeciego Świata, bez ustalenia, jaki jest wpływ oprocentowania na jego sytuację. Prawda jest taka, że nie sposób sformułować jakiejś twórczej teorii makroekonomicznej bez zrozumienia roli, jaką, w odróżnieniu od zysku, odgrywa oprocentowanie. Bez rozgraniczenia tych dwóch pojęć, tak teoretyczna ocena, jak formułowanie polityki gospodarczej będzie jałowe, niezależnie od tego, w jakiej części nauk ekonomicznych będziemy się w danej chwili poruszać. Polityka związana bezpośrednio z konsumpcją, produkcją i dystrybucją a także ta związana pośrednio z wymianą, jest uzależniona od zrozumienia tego rozróżnienia, od tego, czy zostało ono dokładnie wyjaśnione.


Błędne posługiwanie się pojęciem zysku, gdy chodzi o oprocentowanie

Każda próba jasnego myślenia zaczyna się od upewnienia się, że właściwie dobieramy słowa. Mówi się, że kiedy Winston Churchill został premierem Wielkiej Brytanii w czasie II wojny światowej, wydał okólnik, który głosił, że dla potrzeb wojny i z powodu krytycznej sytuacji, w jakiej znalazł się kraj precyzyjne wysławianie się ma znaczenie priorytetowe. W jego przekonaniu, nie można było wygrać wojny, bez pisania poprawną angielszczyzną, na którą on sam zwracał szczególną uwagę. Niezależnie od tego, jaki jest związek między prawidłowym pisaniem po angielsku a wygrywaniem wojny, rozwój jakiejkolwiek nauki, systematyczny rozwój jakiejś szkoły myślenia, niewłaściwe używanie słów, zwłaszcza tych kluczowych, musi hamować.

Przypuszczalnie nie ma dwóch takich słów w całym obszarze ekonomii, które by miały bardziej zasadnicze znaczenie dla rozwoju jakiejkolwiek społeczno-ekonomicznej szkoły myślenia. niż słowa „oprocentowanie” i „zysk”. Żadna analiza sposobu dystrybucji czy znaczenia jakiegoś tytułu płatności nie może być jasno przedstawiona, ani tym bardziej ustanowiona lub odrzucona bez jasnego rozgraniczenia tych dwu pojęć. Dotyczy to szczególnie obu tych słów, jako że większość znaków zapytania w historii myśli ekonomicznej powstało w stosunku to oprocentowania, a wraz z rozwojem myśli socjalistycznej wątpliwości i niezadowolenie wokół kwestii sprawiedliwego podziału sprawiły, że ostrze krytyki przesunęło się w stronę zysku. Nikt nie może zaakceptować bądź odrzucić jakiegoś poglądu czy uniknąć wykroczenia z sądem swoim poza obszar, w którym zamierzał pozostać, póki nie zostanie wyznaczona, przedstawiona i przyjęta różnica między oprocentowaniem a zyskiem. To, dlatego Schumpeter uważa, że mylenie tych terminów jest zasadniczym błędem (Konrad 1959: 12). Warto się zastanowić nad tym, do jakiego stopnia błąd ten uporczywie tkwił w myśli ekonomicznej, po to by uświadomić sobie jak wielkiego wysiłku będzie wymagało rozróżnienie tych pojęć, bez czego nie będzie możliwy żaden rodzaj sprawiedliwego podziału, kompetentny system planowania marko-ekonomicznego, jak również nie będzie można jasno sformułować, walczyć ani osiągnąć żadnego celu społeczno-ekonomicznego. Jest czymś zaskakującym, że ekonomia kapitalistyczna dąży do pomylenia tych dwóch terminów na równi z ekonomią socjalistyczną. Obie mają coś, co z równym zapałem chcą ukryć, choć z różnych, przeciwstawnych powodów. Przyjrzyjmy się najpierw temu jak na przestrzeni czasu, ekonomiści kapitalistyczni błędnie używali słowa „zysk”, gdy chodziło o oprocentowanie, a czasami nawet słowa „oprocentowanie”, gdy chodziło o zysk.

Problem zaczął się od samego Adama Smitha, który słusznie wyróżniał oprocentowanie jako osobną kategorię, ale także nazywał oprocentowanie „zyskiem”, a stopę procentową, „stopą zysku” a naturalną stopę procentową „naturalną stopą zysku.” Nie tylko ojciec ekonomii politycznej mylił oba pojęcia, ale ten sam błąd popełniało wielu jego następców: Ricardo, Malthus, Senior, Launderdale, Bohem-Bawerk, Peshine Smith, Strasburger, John Stuart Mill, Alfred Marshall, Irving Fisher i inni. Ten poczet kapitalistycznych ekonomistów zamyka Samuelson tak samo kompetentny i godny zaufania jak pozostali. Jego Ekonomia to jedna z najlepszych książek tego rodzaju czytana przez miliony ludzi na całym świecie. Używa on słowa „zysk” ilekroć ma na myśli „oprocentowanie”. By wreszcie zamknąć dyskusję stwierdzeniem, że pomiędzy zyskiem i oprocentowaniem nie ma żadnej różnicy.

Nie tylko kapitalistyczni ekonomiści popełniają ten błąd, bo stanowisko ekonomistów socjalistycznych wcale nie jest lepsze. To wspólne dla obu szkół myśli ekonomicznej pomieszanie pojęć, odbiło się na nich równie boleśnie, sprawiając, że ekonomiści kapitalistyczni usprawiedliwiają zarówno zysk jak i oprocentowanie, podczas gdy socjalistyczni odrzucają jedno i drugie nie zadając sobie trudu przeprowadzenia jakiejkolwiek analizy, która uzasadniałaby wrzucenie ich do jednego worka.

Moralne oburzenie Marksa na motyw zysku jest oczywiste. Ale u niego słowo „zysk” zawsze oznacza zarówno zysk, jak i procent czy rentę. Według niego tylko praca wytwarza wartość. Pieniądze wpłacane właścicielom kapitału, ziemi czy przedsiębiorstwa, uważał za wartość dodatkową i potępiał jako zysk. Był w pełni świadomy tego, że procent jest ze swej istoty czymś bardziej nagannym niż zysk. Ogłoszona przez niego teoria ekonomiczna nie odzwierciedla różnicy między oprocentowaniem a zyskiem, a to ostatnie słowo jest stale używane w znaczeniu obejmującym to pierwsze. I mimo wielkiej przewagi nad kapitalistycznymi ekonomistami, jaką dawało Marksowi zrozumienie negatywnej roli oprocentowania i pozytywnej roli przedsiębiorczości, mylenie tych dwóch pojęć (zysku i oprocentowania przyp. tłum.) sprawiało, że był równie niezdolny od oddzielenia ziarna od plew jak kapitalistyczna ekonomia po dziś dzień.

Każdy z tych wybitnych kapitalistycznych i socjalistycznych ekonomistów doskonale znał różnicę między zyskiem a oprocentowaniem. Można wskazać w ich pismach fragmenty, które wskazują, że świetnie rozumieją oba te pojęcia; jednak, z jakichś subiektywnych przyczyn, wykazują nadzwyczajna potrzebę zamazywania granic między nimi oraz pokrewnymi słowami. Świadomie czy nie, udało im się doprowadzić do nieuchronnego skutku, jakim jest kompletne pomieszanie pojęć. To oczywiste, że to niepotrzebne zamieszanie stało się niemożliwą do przezwyciężenia przeszkodą w dokonaniu analizy, postawieniu diagnozy i przepisaniu kuracji gospodarkom, które okazują się irytująco niezdolne do zaspokojenia podstawowych i niezbywalnych potrzeb ich narodów.

Tak czy inaczej, analiza wymaga pojęć naukowych. Jeśli się nimi posługiwać niewłaściwie, proces myślowy zostaje zmącony, tak jak w tym wypadku. Do tego zamętu doszło w wyniku wymiennego posługiwania się słowami „zysk” i „oprocentowanie”. To pomieszanie pojęć uniemożliwiło ekonomii rozwiązywanie kwestii o zasadniczym znaczeniu dla milionów ludzi, problemów rojących się na całym świecie; takich jak bieda i niedostatek, inflacja i bezrobocie, deficyty budżetowe pomimo corocznego podnoszenia podatków, napięcia społeczne wewnątrz społeczeństw i między narodami, ucisk Trzeciego Świata tak, że słychać trzask łamanych kości, aż do zakwestionowania przyszłości ekonomii jako nauki.

I tak jak tysiącmilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, tak zrozumienie wzajemnie sprzecznego charakteru zysku i oprocentowania, to klucz do rewolucyjnej przemiany w myśli ekonomicznej, która pozwoli uniknąć wyzysku poprzez wyeliminowanie oprocentowania umożliwiając tym samym po raz pierwszy w historii na zdobywanie chleba bez uciekania się do upokarzającego zasiłku w kapitalizmie i poświęcania godności, jakiego wymaga socjalizm. W ten sposób możemy zapewnić przetrwanie.


Możliwe przyczyny pomieszania pojęć

Trzeba uczciwie przyznać, że ci wielcy ekonomiści, którym nie udało się oddzielić ani zidentyfikować obu tych wzajemnie przeciwstawnych pojęć, borykali się w tej dziedzinie ze szczególną trudnością. Przedsiębiorcy nie zawsze pożyczają pieniądze na procent, gdy podejmują działalność, jako że nierzadko mają już część bądź cały potrzebny kapitał. Dochód z tego kapitału, którego przedsiębiorca nie pożyczał staje się częścią zysków brutto, jakie przynosi przedsiębiorstwo. Można założyć, że zysk brutto firmy, gdyby cały użyty kapitał został pożyczony na procent, byłby niższy niźli w przypadku użycia kapitału własnego. Właśnie analiza różnicy zysku brutto w obu tych przypadkach pozwoli na wyznaczenie granic między zyskiem i procentem. Laik określi tę różnicę jako „zysk”, podczas gdy ekonomista nazwie ją „zyskiem od kapitału” i uzna za jeden z czynników składających się na zysk brutto. Terminy te byłyby zadowalające gdyby nie utrudniały nam dostrzeżenia zasadniczo różnej natury i oddziaływania kapitału przedsiębiorcy i kapitału pożyczkowego.

Boehm-Bawerk określa tę część przyrostu dochodu przedsiębiorcy, jaka wynika z użycia jego własnego kapitału jako „procent naturalny”. Dostrzega on znaczące podobieństwo między procentem naturalnym a procentem od pożyczek. Dlatego też wielokrotnie podkreśla on, iż kluczem do zrozumienia istoty oprocentowania jest uznanie tego właśnie podobieństwa.

Należy, zatem wyjaśnić, co to jest oprocentowanie kapitału. Skoro nie ulega wątpliwości, że procent umowny (oprocentowanie pożyczki) zasadniczo wynika z uznawania procentu naturalnego i można się nim zajmować o ile zrozumie się naturę tego drugiego, i jeżeli sam procent naturalny ma zostać zadowalająco wyjaśniony, to należy się skupić właśnie na zdefiniowaniu czym jest naturalny procent od kapitału… Tam gdzie kapitał jest używany w procesie produkcji, doświadczenie pokazuje, że zwykle, dochód, bądź część dochodu jaki kapitał wytwarza dla swego właściciela, ma większą wartość niż suma przedmiotów zużytych do jego uzyskania (Boehm-Bawerk 1890: 115-16).

Boehm-Bawerk, podobnie jak wielu innych, [nie dostrzega przyp. m. JAR], że mimo pozornego podobieństwa, między tymi dwiema kategoriami występują zasadnicze różnice. Podczas gdy kapitał własny nie uzależnia udziału w przedsięwzięciu produkcyjnym od osiągnięcia określonej stopy zysku, kapitał pożyczkowy dyktuje cenę swego udziału w postaci ustalonej stopy procentowej. Różnica pomiędzy warunkami, na jakich uczestniczą oba te rodzaje kapitału, ma daleko idące konsekwencje w sferze inwestycji i zatrudnienia.

Kapitał własny jest, zatem kapitałem podejmującym ryzyko, i jako taki, zadowala się tą częścią wartości, jaka pozostaje po opłaceniu wszystkich pozostałych czynników produkcji. Kapitał pożyczkowy uznaje i dzięki większej sile przetargowej, zmusza nas do uznania, iż ma przewagę nad pozostałymi czynnikami produkcji. Opłacenie go, tj. spłata oprocentowania, z wartości produktu finalnego, ma pierwszeństwo przed opłaceniem pozostałych czynników produkcji. Należność kapitału pożyczkowego jest określona i stała, podczas gdy część uzyskiwana przez kapitał podejmujący ryzyko jest zmienna. Kapitał pożyczkowy nie jest dostępny przy ujemnej stopie procentowej, podczas gdy kapitał podejmujący ryzyko często godzi się na udział w wysiłku produkcyjnym ponosząc straty. I dlatego kapitał pożyczkowy w szczególny sposób usztywnia cały szereg uwarunkowań ekonomicznych. Z drugiej strony, kapitał podejmujący ryzyko, nadaje zainteresowanym przedsiębiorstwom zdrową elastyczność. Kapitał pożyczkowy, ze względu no stopę procentową, ogranicza zarówno zasięg jak poziom krańcowej efektywności wysiłku produkcyjnego. Kapitał wysokiego ryzyka nie stawia takich ograniczeń i pozwala na swobodne korzystanie ze wszystkich zasobów naturalnych jak posługiwanie się dostępną siłą roboczą. W przypadku kapitału pożyczkowego wzgląd na oprocentowanie przeważa nad wszelkimi innymi względami. Jeśli idzie o kapitał podejmujący ryzyko to inne względy decydują wyłącznie o tym czy wytworzy on dochód. Kapitał wysokiego ryzyka uczestniczy w procesie produkcyjnym, co najwyżej na równych zasadach, a żąda jedynie zapłaty współmiernej do wartości, jaką dzięki niemu wytworzono. Może być zatem nazywany „kapitałem produkcyjnym”.

Tymczasem kapitał pożyczkowy, nawet, jeśli umożliwia zapewnienie potrzebnych czynników produkcji, to jednak odmawia uzależnienia swej zapłaty od rzeczywistego przyrostu wartości jaki osiągnięto przy jego pomocy, nawet jeżeli cena, której żąda za swe usługi jest niewspółmierna do wartości produkcji, która mogła przecież przynieść straty. W takim wypadku staje się on, mówiąc językiem Schumpetera, czynnikiem opodatkowania zysków lub żerowania na płacach i czynszach, a często jednym i drugim. Krótko mówiąc kapitał ten stosuje wyzysk. Jeżeli jest istotne nadanie mu imienia, który by go odróżnił od „kapitału produkcyjnego”, to można go tylko nazwać „kapitałem wyzyskującym”. Jego udział w wysiłku produkcyjnym to zwykłe mydlenie oczu mające za cel ukrycie jego prawdziwej natury.

Aby zrozumieć naturę oprocentowania, kluczowe znaczenie ma - nie tożsamość naturalnego procentu i oprocentowania pożyczek, z takim trudem udowadniana przez Boehm-Bawerka - lecz uchwycenie sprzeczności między kapitałem produkcyjnym i wyzyskującym.

Kiedy już uświadomimy sobie, że różne oddziaływanie i skutki działania kapitału pożyczkowego i kapitału własnego przedsiębiorcy, czynią z nich dwie całkowicie odrębne kategorie, dobiegnie końca zamęt jaki dostrzegaliśmy wśród ekonomistów, który polegał na beztroskim myleniu pojęć. Zapłatą kapitału pożyczkowego są odsetki, zaś wynagrodzeniem kapitału przedsiębiorcy, tak jak i innych form kapitału wysokiego ryzyka jest zwrot z inwestycji lub dywidenda. Posługiwanie się wyrazem „zysk” tam gdzie chodzi o oprocentowanie, w ramach dyskusji o zasadności oprocentowania, nie tylko utrudnia uchwycenie jego istoty, ale także wywołuje zamieszanie, które udaremnia obliczenie zysku, co z punktu widzenia teorii jak i polityki państwa jest szkodą o dalej idących konsekwencjach.

To podejście, polegające na utożsamianiu obu pojęć, nie staje się wcale bardziej uzasadnione, jeżeli się weźmie pod uwagę, że przedsiębiorca porównuje spodziewane zyski z przedsięwzięcia produkcyjnego z dochodem, jaki przyniosłoby pożyczenie tych pieniędzy na procent. Z punktu widzenia przedsiębiorcy oba biznesy są identyczne, to po prostu dwa sposoby zarabiania pieniędzy, między którymi wybiera porównując spodziewane zyski. Ten argument upada z uwagi na okoliczność, że przedsiębiorca czyni tak z uwagi na to, że oprocentowanie istnieje. Zasadność istnienia oprocentowania to coś, co w ekonomii trzeba jeszcze udowodnić, niezależnie od dotychczasowych prób. Nie możemy już dłużej opierać argumentacji uzasadniającej oprocentowanie samym faktem jego istnienia, czy też przez wzgląd na to, że zwiększa ono dochody przedsiębiorcy. W takim razie moglibyśmy równie dobrze uzasadniać występowanie szantażu czy fałszerstwa tym, że istnieją.

Niespodziewanie, tak wybitny przedstawiciel teorii oprocentowania jak Irving Fisher zajmuje takie właśnie stanowisko: „Niektórzy autorzy stawiają dwa pytania…(1) dlaczego istnieje oprocentowanie oraz (2) jak się określa stopę procentową. Drugie pytanie obejmuje wszakże i pierwsze, jako, że dla wyjaśnienia jak się określa wysokość stopy procentowej potrzebna jest odpowiedź na pytanie, czy stopa ta mogłaby czy nie wynosić zero, tj. czy dodatnia stopa procentowa musi istnieć” (Fisher 1930: 13-14). Gdyby przenieść tę argumentację do sfery szantażu i fałszerstwa , można by na tej samej zasadzie powiedzieć, że wyjaśnienie jak te zjawiska pojawiają się i działają, jest równoznaczne z odpowiedzią na pytanie dlaczego muszą istnieć.

Jeżeli ograniczymy się do stosowania tego typu argumentacji to sfery ekonomii, to będziemy jedynie musieli wiedzieć jak bezrobocie i inflacja pojawiają się i trwają, aby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie możemy się ich pozbyć. Ale nawet tak oczywiście błędna logika spotyka się z otwartą akceptacją ekonomisty Josepha W. Conarda, który uważa argumentacje Fishera za tak nieodpartą, że pisze: „Dopóki tej prostej logiki nikt nie zakwestionuje, będę się zgadzał z konkluzją Fishera” (Conard 1959:14).

Ta prosta logika pozwala usprawiedliwić wszystko, co niemożliwe do usprawiedliwienia, od niszczenia lasów po zatruwanie środowiska, od głodu milionów ludzi w Afryce, po trwający od stu lat wzrost sił monopolistycznych. Na pytanie jak to się wszystko dzieje otrzymujemy odpowiedź, dlaczego tak musi być.

Aby zrozumieć, dlaczego Fisher posłużył się tak oczywiście marną argumentacją, trzeba zadać inne pytanie: Czy ktoś, w całej historii ekonomii, przedstawił mocniejsze argumenty w obronie oprocentowania niż Fisher? Nie ma tu miejsca na zilustrowanie tej obcesowej tezy, ale w książce tej zostaną przeanalizowane i poddane ocenie główne teorie oprocentowania, takie jak teoria wstrzemięźliwości, wydajności, popytu i podaży, preferencji czasowej, czy preferencji płynności, podobnie jak takie pozytywne cechy oprocentowania jak zdolność do mobilizowania depozytów, racjonowanie i stabilizacja cenowa. Odkryjemy, że ekonomia woli poruszać się w świecie wyobrażeń i mitów, zamiast stawić czoła zasadom logiki i rzeczywistości.

Innym, możliwym dowodem wymiennego posługiwania się pojęciami „zysku” i „oprocentowania” może być świadoma lub nieświadoma chęć zmniejszenia ciężaru zarzutów od wieków kierowanych pod adresem oprocentowania przez kościół jak i oświeconą opinię publiczną. Od szesnastego wieku presja sił towarzyszących rewolucji przemysłowej, zmusiła instytucje finansowe oraz gospodarcze, jak i przemysłowców do szukania jakiejś drogi obejścia tej jednomyślnej opinii moralistów i humanistów. Jednym ze sposobów było mylenie roli oprocentowania i zysku, jako że zysk przedstawiano często jako użyteczny instrument służący interesowi społecznemu, nawet, jeżeli krytykowano nadmierne zyski. Najlepszym sposobem na pomieszanie tych pojęć było kładzenie nacisku na kapitał przedsiębiorcy uznawany za ogniwo łączące oprocentowanie z zyskiem. Kiedy już je tak złączono, podkreślając podobieństwo między kapitałem pożyczkowym i kapitałem przedsiębiorcy, stawało się dosłownie niemożliwe pisanie o oprocentowaniu bez używania od czasu do czasu słowa „zysk”, gdy idzie o oprocentowanie. Pomagało to obejść krytykę, jako, że im bliżej zysku był procent, tym większa była akceptacja dla tej niegdyś krytykowanej instytucji.

Ten stan rzeczy trwa po dziś dzien. W Pakistanie, na przykład, Ministerstwo Finansów i Bank Państwowy, co roku, gdy dochodzi do emisji obligacji, niezmiennie używa słowa „zysk” dla określenia oprocentowania. Chodzi tu, oczywiście o przezwyciężenie przeszkody w postaci odrazy, jaką słowo „oprocentowanie” wywołałoby podczas subskrypcji obligacji wśród przeciętnych pakistańskich muzułmanów, dla których jest ono tożsame z riba, czyli lichwą.

W Pakistanie używa się tej strategii na większą skalę. Banki udzielają pożyczek nie na procent, lecz na zasadzie marży (udziału w zysku?). Pomiędzy kredytobiorcą i bankiem jest zawierana fikcyjna umowa, na mocy, której bank nabywa część udziałów kredytobiorcy, pożyczając mu w ten sposób pieniądze, a następnie żąda zwrotu pieniędzy wraz z odsetkami, co skrywa pod postacią odsprzedania udziału po wyższej cenie, bo powiększonej o marżę zysku. Owa stopa zysku jest o 3% większa niż wynosiła stopa procentowa zanim wprowadzono ten wydumany mechanizm. Podobnie, właściciel lokaty, zamiast dostawać procent, ma jakoby mieć udział w zyskach lub stratach banku, co praktyce oznacza otrzymywanie marży procentowej, zależnej od długości okresu oszczędzania, dokładnie tak jak oprocentowane na stałą stopę procentową depozyty bankowe. Im dłuższy okres, na który pieniądze są zdeponowane, tym większy poziom udziału w zyskach. Oczywiście, strat nie ma nigdy, nic więc dziwnego, że The Economist nazwał to „islamskim oszustwem” (Economist, 26 października 1985: 77). Za tym wydumanym mechanizmem kryje się chęć ukrycia oprocentowania za fasadą zysku. Bank ma prawo cos kupić, a także odsprzedać dla osiągnięcia zysku po wyższej cenie, nawet temu podmiotowi czy osobie, od której to początkowo kupił. Wszystko byłoby w porządku, gdyby tak się działo. Ale tak się nie dzieje. Oni się tylko umawiają, że ten i ten człowiek sprzedaje coś określonemu bankowi za taką to a taką sumę i że odkupi to coś od banku po upływie określonego czasu, co przyniesie bankowi ustalony procent udziału w zysku. To wszystko pozory, wszystko mity, udawanie.

Niestety nie zauważono, że ta metoda niesie w sobie ziarno klęski. Wyobraźmy sobie, że ktoś wpadłby na mądry pomysł nazywania kolczastego krzewu winoroślą, aby zwiększyć poziom akceptacji kolczastego krzewu. Kiedy już krzew rozpleni się na dość dużą skalę produkując kolce zamiast winogron, ludzie nie zaczną nawoływać jedynie do zaprzestania uprawy kolczastych krzewów, ale i winorośli, jako, że wprowadzeni w błąd, zaczęliby mylić kolczasty krzew z winoroślą. Dokładnie to się właśnie wydarzyło w teorii ekonomii, w przypadku pomylenia, świadomie lub nie, przez ekonomistów, którzy w przeszłości utożsamiali oprocentowanie z zyskiem. Rzecz jasna reakcja była równie mylna. Krytycy złapali ekonomistów za słowo i wszyscy teoretycy wyzysku tacy, jak Rodbertus czy Marks, nie przeciwstawiali się jedynie oprocentowaniu, ale sprzeciwiali się zarówno oprocentowaniu jak i zyskowi, a czasami nawet bardziej zyskowi niż oprocentowaniu.

Potrzeba dokładnego ustalenia, czym są zysk i oprocentowanie z ich sprzecznymi konsekwencjami tak w sferze gospodarczej jak i społecznej, nie ogranicza się tylko do ekonomii kapitalistycznej, ale w równej mierze dotyczy ekonomii socjalistycznej. Obie one niesłusznie zbłądziły przymykając oczy na różnice między tymi dwoma pojęciami, by w rezultacie projektować zupełnie odmienne systemy ekonomiczne, które jednak łączy fakt, iż pozostawiają całkowicie nierozwiązane fundamentalne problemy społeczno-gospodarcze. Gdyby tylko można było ponad wszelką wątpliwość wykazać, że element wyzysku postrzegany w kategorii zysku jest li tylko odbiciem wpływu oprocentowania, pozostawałoby nam już jedynie zaprojektowanie nie opartego na wyzysku systemu kredytowania, aby przezwyciężyć takie problemy jak ubóstwo i bezrobocie, inflacja i nie wykorzystanie mocy wytwórczych. I tak samo, socjalizm będzie mógł zapewnić rządy prawa, społeczeństwo otwarte, podstawowe prawa, a przede wszystkim, możliwość wydajnego spożytkowania zasobów. Gdyby obie te szkoły ekonomiczne uznały, że zysk jest dzieckiem a oprocentowanie kąpielą, wiedziałyby, co wylać, a co pozostawić. Oczywiście w obu przypadkach rozstrzygające jest to, czy uda się zaprojektować alternatywny system kredytowania o zerowej stopie procentowej, jak również to, czy przejawy wyzysku związane z zyskiem są jego nierozerwalną częścią, czy też zewnętrznym odbiciem obliczonego na procent mechanizmu kredytowego.


Problemy ze zdefiniowaniem kapitału

Jeżeli kapitał przedsiębiorcy należy do zupełnie innej kategorii niż kapitał pożyczkowy i jeżeli ich pozorne podobieństwo ukrywa jedynie różnicę ich oddziaływania na sferę społeczno-gospodarczą, to oczywiście utrudnia to zdefiniowanie kapitału.

Niezależnie od kontrowersji, jakie budzi definicja kapitału, powracanie do tego tematu wykraczałoby poza potrzeby naszej analizy. Aby usnąć tę przeszkodę wystarczy, że zdefiniujemy kapitał jako część dóbr, które służą do pomnażania dóbr. Po pierwsze, ekonomiści zaakceptowali już tę definicję. Po drugie, zaś, oba te rodzaje kapitału ten ryzykujący i ten pożyczkowy, niezależnie od tego, jaki jest bezpośredni skutek i jakie są konsekwencje ich działania, koniec końców, wciąż są pewnym dobrem służącym do wytworzenie jeszcze większej ilości dóbr. I czy to zapłata następuje w postaci dywidendy czy odsetek, wciąż mamy do czynienia z przyrostem bogactwa. Ta definicja nie ma związku z wpływem, jaki wywierają oba rodzaje kapitału na inwestycje, zatrudnienie i sferę socjalną. Różnice tę jednak można wyrazić dzieląc kapitał na dwie zasadniczo różne, sprzeczne kategorie - kapitał podejmujący ryzyko i kapitał pożyczkowy.

Kapitał podejmujący ryzyko to taki, który uzależnia swoje wynagrodzenie od udziału w procesie produkcji i od tego ile wartości ten udział przysparza. Jeżeli proces produkcji przysparza dużo wartości, jego wynagrodzenie będzie odpowiednio wysokie; gdy przybywa mało wartości, wówczas wynagrodzenie jest równie niskie; jeśli produkcja przynosi stratę, wówczas i kapitał ponosi stratę. Nie szuka dla siebie uprzywilejowanej pozycji i gotów jest dzielić los pozostałych czynników produkcji. W rzeczywistości godzi się on nawet na gorszą pozycję, gdyż gotów jest zadowolić się tym, co pozostanie po opłaceniu pozostałych czynników produkcji. To sprawia, że przedsiębiorcy gotowi są ponosić ryzyko w różnego rodzaju przedsięwzięciach produkcyjnych, które ten inny rodzaj kapitału, tj. kapitał pożyczkowy, może im uniemożliwić, ze względu na ograniczającą rolę stopy procentowej. Kapitał ryzykujący, zatem, pomaga, wspiera oraz inicjuje produkcję. Ta jego jakościowa odrębność wyrażająca się w jego oddziaływaniu zmusza nas do wyodrębnienia go jako „kapitału produkcyjnego”. Jeżeli więc ktoś zapyta, dlaczego otrzymuje on zapłatę w postaci dywidendy, możemy uczciwie odpowiedzieć, że to z powodu jego zaangażowania w produkcję i gotowości do ponoszenia ryzyka właściwego przedsięwzięciom produkcyjnym.

Tymczasem, kapitał pożyczkowy narzuca warunek wstępny polegający na wynagrodzeniu w postaci określonego oprocentowania, które nie uwzględnia tego, ile wartości przysparza jego udział. Niezależnie od tego czy przedsięwzięcie generuje dużo czy mało wartości, jego wynagrodzenie musi pozostać takie, jakie z góry określono. Jego uprzywilejowana pozycja musi zostać zaakceptowana przez wszystkie pozostałe czynniki produkcji. Ta postawa kapitału pożyczkowego sprawia, że nie tylko ludzie musza się podporządkować bezdusznemu kapitałowi, ale zmusza ich do ulegania chciwości kapitału i oddania swego udziału, kiedy wartość wytworzona jest niższa od stopy procentowej. Jeśli przyrost wartości wynosi 5 procent, a pożyczkę zaciągnięto na 10 procent, konieczne jest wypłacenie 5 procent z udziałów aktywnych czynników produkcji. Ta sytuacja wywołuje obawy przed podejmowaniem przedsięwzięć, po których można się spodziewać niewielkiej rentowności jak też długoterminowych działań produkcyjnych, co z kolei ogranicza inwestycje, przyczyniając się do wzrostu bezrobocia. To główna przyczyna, która obok takich jak wzrost kosztów napędzany stopą procentową czy odpływ siły nabywczej do kredytodawcy, praktycznie powoduje przedłużanie się stanu równowagi przy niepełnym zatrudnieniu. Jeżeli zastosujemy politykę wzrostu zatrudnienia, pojawi się inflacja, przyczyniając wielkiego cierpienia, między innymi, skromnym pracobiorcom. Jeżeli nic nie zrobimy, to będziemy mieli sytuację nie wykorzystania zasobów ludzkich. Gdybyśmy chcieli kapitał pożyczkowy nazwać zgodnie ze skutkami jego oddziaływania, moglibyśmy go nazwać kapitałem restrykcyjnym, zachłannym lub wyzyskującym. A skoro tego ostatniego terminu dla określenia tego aspektu oddziaływania kapitału używają już dosłownie wszyscy ekonomiści socjalistyczni, możemy go nazwać „kapitałem wyzyskującym”.

To czyni nieco łatwiejszym zdefiniowanie i ocenę roli kapitału, o które od długiego czasu toczą się poważne boje między kapitalistycznymi i socjalistycznymi ekonomistami. Wielu z nich podchodzi do kapitału jak do czynnika produkcji, co dało asumpt do powstania licznych teorii produktywności i podczas gdy w każdej z nich jest pewien element prawdy, to jednak żadna nie zdołała uchwycić pełnego obrazu kapitału. Podobnie, kilka najtęższych mózgów skupiało się na wyzyskującej roli kapitału, określając to jako najzwyklejszy rozbój. Każda z tych teorii niesie w sobie ziarno prawdy, ale cała prawda wymknęła się ich autorom, niezdolnym dostrzec drugiej strony medalu.

Kapitał, zaś, jest i wyzyskujący i produkcyjny zarazem. Jest wyzyskujący, gdy za warunek swego udziału stawia osiągnięcie określonej stopy procentowej. Produkcyjny natomiast, gdy nie stawia takiego warunku i godzi się na zysk lub stratę, zależnie od tego, jaką wartość generować będzie jego zaangażowanie.

Kapitał tym się wyróżnia, że może pełnić tę podwójną rolę, ponieważ, w odróżnieniu od innych czynników produkcji, posiada cechę, którą Arystoteles nazywał bezpłodnością, cecha, której mało kto, nawet pośród przeciwników oprocentowania, nadawał właściwą wagę. Niezależnie od tego, jaką wydajność osiągamy przy użyciu kapitału, wynik jest rezultatem działania społecznego, połączenia określonych czynników, przede wszystkim ziemi i pracy z kapitałem, co dopiero czyni ów kapitał produktywnym. O ile w przypadku innych czynników, produktywność jest czymś im właściwym, choć działanie społeczne ją zwiększa; to w przypadku kapitału, ona w ogóle nie istnieje, dopóki społeczne działanie mu jej nie nada.

Można sobie wyobrazić sytuację, że każdy czynnik produkcji, poza kapitałem, wykaże się produktywnością bez udziału innych czynników. Jest do pomyślenia, że przedsiębiorca bierze na kredyt towar na jakimś tanim targowisku by go odsprzedawać za gotówkę w jakimś droższym miejscu, co pozwala mu wytworzyć wartość bez konieczności posłużenia się kapitałem. Podobnie, praca może być produktywna bez uciekania się do jakiegokolwiek innego czynnika produkcji, co widać na przykładzie pomocy domowej. Tak samo, ziemia jest ze swej istoty produktywna, podobnie jak dziewicze lasy. Adam Smith, nawet, jeśli odmawiał naturze zdolności wytwarzania wartości, przyznawał jednak, że jeśli idzie o dochody z ziemi to być może około jednej trzeciej wytwarzanej wartości zawdzięczamy przyrodzie (Gide i Rist 1953: 157). To oznacza, że każdy czynnik produkcji, w odróżnieniu od kapitału, niesie z sobą zdolności wytwórcze.

Jeśli produktywność kapitału jest funkcją społeczną, zapłata, jaką kapitał pobiera powinna uwzględniać sytuację społeczną. To jest możliwe, o ile zapłata żądana za użytkowanie kapitału jest podporządkowana roszczeniom innych czynników produkcji, które, inaczej niż kapitał, posiadają samoistną zdolność kreowania wartości. Jedynie kapitał ponoszący ryzyko jest zdolny pełnić taką podległą rolę, oczekując jedynie owoców produktywności osiągniętej w toku społecznego działania. Jest on jednocześnie gotów ponosić ciężary wynikające z poniesionych strat. Jest, więc między tym, co on wnosi i czego oczekuje, symetria wykluczająca wyzysk.

Z drugiej zaś strony, kapitał pożyczkowy domaga się dominującej pozycji, określając z góry ile zarobi oraz odmawiając poniesienia konsekwencji jakichkolwiek niepowodzeń produkcyjnych, niezależnie od ich przyczyn. Ta asymetria między tym, co on wnosi a tym, czego żąda sprawia, że jest on społecznie niewrażliwy, wyzyskuje inne czynniki produkcji i kierując się niskimi pobudkami, pasożytuje na całej gospodarce. Niezależnie od tego jak wielka jest wzajemna sprzeczność między obu tymi formami kapitału, w interesie nauki leży stwierdzenie odrębności tych dwu ról. Tylko wówczas, będziemy mogli skorzystać z dwóch przeciwstawnych sobie teorii, z których każda pomija zasadniczy element zawarty w tej drugiej.


Podstawowa przyczyna złożoności problemu


Problem jest bardzo złożony. Wałkowany od stuleci budził wątpliwości i niedowierzanie: Jak kapitał może mieć jednocześnie szkodliwe i zbawienne skutki? Można się spierać, że kapitał pożyczkowy nie może być całkowicie wyzuty z produktywności tylko dlatego, że przed przystąpieniem do jakiegokolwiek przedsięwzięcia domaga się zapewnienia określonego dochodu. Być może jakaś produktywność się ostanie, mimo stosowanego przezeń wyzysku. Podobnie, można dowodzić, że fakt nie żądania przez kapitał podejmujący ryzyko określonej zapłaty z góry, nie czyni go mniej zachłannym niż kapitał pożyczkowy, a gdy zyski maleją, nie waha się przed ucieczką i porzuceniem mniej dochodowych przedsięwzięć. Giełda pozwala tak samo łatwo wejść jak i wyjść. Tak więc, pewien stopień wyzysku cechuje również i ten rodzaj kapitału.

Ekonomia to nauka oparta na uogólnieniach, posługująca się pojemnymi schematami do opisywania skutków i reakcji na różne zjawiska gospodarcze. Produktywność kapitału pożyczkowego, jaka by nie była, a wiele można by temu określeniu zarzucić, jest tak dalece przyćmiona wszystkim tym, co sprawia, że jest on czynnikiem wyzysku, iż ze względu na tę właśnie cechę, należy go określić jako kapitał wyzyskujący. Krótko mówiąc, kapitał pożyczkowy, żądając z góry określonej zapłaty, przyczynia się do wzrostu i utrwalenia równowagi w warunkach niepełnego zatrudnienia, czemu nie można zaradzić mimo, prowadzonej od zakończenia II wojny światowej ekspansywnej polityki dogadzania interesom kapitału. Doprowadziło to jedynie do rozdęcia do olbrzymich rozmiarów kapitału pożyczkowego, poziomu stóp procentowych, bezrobocia oraz inflacji. Ale nawet, jeżeli założymy, że pod tym ogromem wyzysku kryje się odrobina produktywności, to w jaki sposób ma to uzasadniać żądanie właściciela kapitału pożyczkowego określonej ceny za jego użycie? Jak to ujął Bronfenbrenner, „Produktywność kapitału… to nie produktywność kapitalisty” (Kurihara 1955: 45). Joseph W. Conard, mimo iż w zasadzie w kwestii oprocentowania jest konformistą, przyznaje: „etycznego zarzutu o niezasłużony dochód nie osłabia fakt, że kredyt jest produktywny, tak więc ta część historycznie ukształtowanej argumentacji przeciwko oprocentowaniu pozostaje w mocy” (Conard 1959: 97). Jeżeli nie zostanie dowiedzione, że pojawienie się i dostępność kapitału pożyczkowego wiąże się z jakimś poświęceniem czy pracą kapitalisty, produktywność jego kapitału nie daje mu prawa do żądania z góry określonej zapłaty. Pojawienie się kapitału jest wynikiem oszczędzania [nie tylko, podstawą istnienia kapitału/pieniądza jest emisja przyp. m. JAR], które wynika z przyczyn w ogóle nie związanych z poziomem stopy procentowej. Rozwijane w tym zakresie koncepcje abstynencji, oczekiwania, to mitologia. Jedyną logiczną, dającą się uzasadnić przyczyną pojawienia się oszczędności jest negatywna preferencja czasowa. Ludzie oszczędzają, bo uważają swoje przyszłe potrzeby za ważniejsze od obecnych. Do tej sytuacji pasuje obserwacja Joan Robinson: „Oczywiście „nagrodą” za posiadanie dóbr jest posiadanie dóbr, niezależnie czy przynosi to jakiś dochód, gdy jednak taki dochód jest nagrodą za oszczędzanie [to przy oprocentowaniu oszczędności przyp. m. JAR], staje się on pomnożeniem majątku.” Niektóre okoliczności powinny nas zatem powstrzymać przed myleniem „produktywności inwestycji z produktywnością kapitału” (Robinson 1971: 29, fn. 5 i 33).

Nie zainwestowane oszczędności przybierają postać depozytów bankowych, które umożliwiają pośrednikom finansowym udzielanie kredytów [stanowiąc rezerwę na wypłaty dla wierzycieli kredytobiorców - przyp. m. JAR]. Istnieją wystarczające powody oraz przekonujące dowody, aby twierdzić, że nie da się zmniejszyć poziomu oszczędności nawet gdyby oszczędzający przestali dostawać jakikolwiek procent. Zakładając, że tak jest w istocie, pozostaje tylko rozwiązać problem udzielania pożyczek bez oprocentowania, co wydaje się nie pozostawiać bankom pola do opłacalnego działania. Rozstrzygnięcie, czy jest możliwe, zaprojektowanie opłacalnego systemu bankowego udzielającego nie oprocentowanych pożyczek, wymagać będzie solidnej argumentacji. Jak dotąd ekonomia nie podjęła jeszcze tego trudu. My też nie możemy go podjąć bez rozjaśnienia ważnych kwestii teoretycznych. Załóżmy, że próba taka zakończy się niepowodzeniem i dojdziemy do wniosku, że bankowość bez oprocentowania jest niemożliwa. W takim wypadku oprocentowanie będzie nadal istniało, ale nie dlatego, że generuje oszczędności czy kapitał produkcyjny, ale dlatego, że okazaliśmy się niezdolni do zastąpienia oprocentowania mechanizmem nie opartym na wyzysku.

Musimy nie tylko posługiwać się właściwymi terminami, ale i upewnić się, czy nasze pobudki są właściwe. Jeżeli uważamy za potrzebne udawanie, że to, co jest wizją, istnieje naprawdę, musimy okazać uczciwość i odwagę Samuelsona, który potrafi udawać i przyznać, że udaje. Zamiast twierdzić, że miłość do posiadania pieniędzy jest skłonnością quasi-przestępczą i na wpół patologiczną, ma on odwagę oświadczyć „musimy udawać przed sobą i przed innymi, że to, co uczciwe jest nieuczciwe, a nieuczciwe uczciwe… Skąpstwo i lichwa… muszą jeszcze przez jakiś czas pozostać naszymi bóstwami” (Samuelson 1976: 817). [Po demonetyzacji złota przez MFW, w 1978 roku, nie jest to już konieczne przyp. m. JAR].

To, pokrótce, jest odpowiedź na zastrzeżenie dotyczące odmawiania produktywności kapitałowi nastawionemu na odsetki. Drugie zastrzeżenie dotyczy możliwości, że kapitał ponoszący ryzyko może równie dobrze dopuszczać się wyzysku. To zastrzeżenie ma większe podstawy. Kapitał ryzykujący może w każdej chwili sprzedać akcje i kupić obligacje. Zakres oddziaływania oprocentowania na zachowanie kapitału podejmującego ryzyko jest uzależniony od wpływu stopy procentowej na cenę akcji. Jeżeli stopa procentowa spada, odpowiednio rosną ceny akcji, a jeśli stopa procentowa rośnie, wartość akcji spada w równym stopniu.


       

Koniec rozdziału 1.

Polska wersja językowa rozdziału 1. udostępniona przez Adama Farhata Khana.
Wszystkie podkreślenia w tekście pochodzą ode mnie JAR

       



Shaikh Mahmud Ahmad                                   Man and Money


   

Shaikh Mahmud Ahmad urodził się w Kaszmirze, wykształcony na Uniwersytecie Aligarh, miał wspaniałą karierę jako pedagog. Był dyrektorem kilku szkół wyższych i dyrektorem Edukacji, Azad Kaszmir, dyrektorem Islamskiego Instytutu Badawczego oraz Połączonych Sekretariatów Ministerstwa Edukacji w Islamabadzie.

Uznany autorytet w dziedzinie ekonomii islamu i lqbal Allama, wiele podróżował, uczestniczył w konferencjach i kongresach w wielu krajach. Jego tłumaczenie lqbai Javed Nama na język angielski jest uznawane za najlepsze.

Jest autorem licznych książek na temat ekonomii i polityki publicznej w obu językach angielskim i urdu włączając w to książki: Człowiek i pieniądze (1995), W Stronę Bankowości Bezodsetkowej!,  Sprawiedliwość Społeczna w Islamie oraz Ekonomia Islamu.





home


Dokument przekształcony na HTML

za pomocą Pajączek NxG Professional v5.9.1